Translate

czwartek, 4 kwietnia 2013

Rozdział 2. część 4


Odprowadziłam Michała do bramy. Staliśmy przez chwilę wpatrując się w niebo. Księżyc był w pełni i wyglądał dziś wyjątkowo pięknie. Mama zawsze mówiła, że nie zależnie od tego w jakim miejscu na ziemi się znajdziemy, on zawsze będzie wielkości naszego kciuka. Wystarczy, że zmrużymy jedno oko i spojrzymy. Jest w nim coś niezwykłego, tajemniczego. A może po prostu jest magiczny?
            - Dziękuję za kolacje. Było pyszne jak zawsze. – Powiedział Michał cicho, uśmiechając się promiennie.
            - Ale następnym razem nie dam się tak łatwo przekupić i to ty będziesz gotował. – Rozczochrał mi starannie ułożone włosy. – Dziękuję Ci. Za to, że byłeś dzisiaj przy mnie. Nie kazałeś mi nic mówić. Po prostu byłeś...
            - Wiesz, że cie kocham, Maleńka. I zawsze choćby nie wiem co, zawsze przy tobie będę.
            Przytulił mnie i pocałował jak małą dziewczynkę w główkę. Przy nim jestem bezpieczna. I nic innego się nie liczy... Prawie nic. Bo w końcu zasłużył na to by poznać prawdę.  Otwieram usta, gotowa zdradzić swój sekret. Jednak nie potrafię. Tylko jeszcze mocniej się w niego wtulam. Muszę mu powiedzieć. Ale jeszcze nie teraz... Nie tego wieczoru.
            Jedyne co potrafię z siebie wydusić to „Ja też cię kocham.” Przychodzi mi to z wielką łatwością. Jest dla mnie czymś oczywistym, naturalnym. On jest powietrzem, którym oddycham. Moją duszą. Bez niego moje życie już dawno by się skończyło.
            - Uważaj na siebie. – szepnęłam i odsunęłam się pozwalając mu wsiąść na motor.
            Odjechał.

            - Nie powiedziałaś mu, prawda? – usłyszałam zmartwiony głos taty.
            Oparty o framugę z uśmiechem na twarzy przyglądał się mi. Jak na swoje 42 lata trzymał się bardzo dobrze. Kasztanowe włosy dopiero zaczęły się przerzedzać i zmieniać kolor na siwy. A wokół dużych czekoladowych oczu, zaczęły pojawiać się pierwsze, delikatne zmarszczki. W lekkim zaroście, ubrany w jasną koszule i jeansy wyglądał poważnie ale jednocześnie przyjaźnie.
            - Naprawdę próbowałam. – Skrzywiłam się lekko, wiedząc, że tata ma racje. Nie mogę tego odwlekać w nieskończoność.
            - Musisz to zrobić sama. Jesteś mu to winna.
            Podszedł i przytulił mnie. Byłam całym jego światem i po woli wymykałam mu się z rąk. Naprawdę się o mnie bał ale nie był w stanie nic zrobić, był bezradny... To najbardziej go bolało.
            - Wiem, tato... Wiem... – westchnęłam.
            Weszliśmy do środka. Szczęśliwi. Bo należy cieszyć się chwilą obecną. Ona jest teraz, a przyszłość zawsze może się zmienić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz