Translate

sobota, 30 marca 2013

Rozdział 2. część 2


          Napisałam tacie liścik i położyłam koło jego babeczek ale oczywiście Pan Ciekawski musiał go przeczytać.
       - Zaciągnęłam Michała na próbę. Wrócimy na kolację. Kocham Cię. Ania. – Przeczytał, nieudolnie naśladują mój głos i zajadając czwartą już babeczkę. – Jestem zaproszony na kolację?
         - A od kiedy ty potrzebujesz zaproszenia do opróżniania mojej lodówki? – Uśmiecha się i zadowolony sięga do lodówki po sok pomarańczowy. – Chociaż nie wiem czy po tylu babeczkach jeszcze coś zmieścisz...
         - Na twoje pyszności zawsze znajdę miejsce.
         - Moje? Dzisiaj to ty gotujesz.
        Pokazuję mu język, biorę babeczki i kieruję się w stronę wyjścia. Michał patrzy się jakbym powiedziała coś głupiego, ale w końcu i on rusza się z miejsca. Próbuje wyciągnąć jeszcze jedną babeczkę, bez skutku. Wyruszamy na spotkanie z bandą łakomczuszków.

UWAGA! ZMIANA!

UWAGA! UWAGA! NASTĄPIŁA NIEMAŁA ZMIANA W PROLOGU!

A  tak przy okazji chciałam wam bardzo podziękować, że tu wpadacie i mnie czytujecie. Na prawdę się cieszę, że nie tylko mi to sprawia przyjemność. Uwielbiam was. W końcu bez was nie istniałabym!

piątek, 29 marca 2013

Rozdział 2. część 1



***
MICHAŁ
            Jedenaście czekoladowych babeczek, prezentuje się dumnie na kuchennym stole, niczym żołnierze podczas meldunku. Na każdej z nich widnieje jedna lukrowana literka, a całość składa się na słowo „Przepraszam”.
            Kiedy pokłóci się z tatą, zawsze piecze. W ten sposób odreagowuje. Szafki trzaskają, talerze się tłuką, a mikser chodzi na pełnych obrotach. Kuchnia staje się polem bitwy, a każdy kto znajdzie się w jej obrębie może oberwać rykoszetem. Efekt tej małej wojny był jej sposobem na przeprosiny. Najprostszym i trzeba przyznać – najsmaczniejszym.
            -  Nie ważne jak wredna dla niego będziesz i co zrobisz, on i tak zawsze będzie Cię kochał. – powiedziałem, przyglądając się, krzątającej się po kuchni Ani. – Ja z resztą też...
            - Wiem. Ale wiesz co? – Wdrapuje się na krzesło, o które się opieram i całuje mnie w policzek. – Ja was bardziej.
***

czwartek, 28 marca 2013

Rozdział 1. część 4


***
MICHAŁ

            Wredny chochlik. Posyłam jej karcące spojrzenie ale ona nic sobie z tego nie robi. Wybiera numer i pokazuje mi język. Wygląda rozkosznie.
            - Witaj przystojniaku!
            - No cześć piękna. – Z telefonu wydobywa się głos Sebka. – Rozumiem, że chcesz mieć swojego narzeczonego...
            - Sebastian... – Przerywa mu, a na jej twarzy pojawia się ledwo zauważalny rumieniec.
            - Tak, tak... Wiem. Wy się tylko przyjaźnicie. Ale wiesz co... Ty się tak słodko złościsz.
            - Ta... Dzięki – delikatny rumieniec staje się coraz bardziej widoczny.
            - Ale tak serio. To ja go wyślę na odwyk. Uzależnił się od ciebie. Jak tak dalej pójdzie to za głaszcze cię na śmierć. – kontynuuje, zadowolony, że prawdopodobnie wpędzi mnie w tarapaty. – Mówiłem mu, że jesteś dorosła i doskonale sobie ze wszystkim radzisz... A on się wściekł i myślałem, że mnie uderzy.
            - W cale nie... – Mruczę, a Anka tylko się śmieje.
            - Tak. Też tak uważam. Sebuś słuchaj. Nie długo wpadniemy do was na próbę. Tylko wstąpimy do mnie po babeczki. Sama piekłam.
            - Maleńka, jesteś wielka!
            Zadowolona z siebie Anka, rzuca mi telefon. Nie oglądając się, czy za nią idę maszeruje żwawo przed siebie. Muszę podbiec aby się z nią zrównać.
            - Nie musimy tam iść. – Zaczynam.
            - A właśnie, że tak. Nie wolno ci z mojego powodu olewać chłopaków. -  Na jej twarzy pojawia się złośliwy uśmieszek. – A poza tym, to chyba słyszałeś. Jesteś moim narzeczonym, więc musisz się mnie słuchać!
            - Niedoczekanie twoje! – Łapie ją w pasie i przerzucam sobie przez ramie.
            - Postaw mnie głupku.!
            Podnoszę ją do góry i kręcę się z nią w kółko. Po chwili oboje lądujemy w trawie. Anka krzyczy i roześmiana próbuje uwolnić się z moich objęć.
            - Nie masz ze mną szans, Maleńka. Musiałabyś jeszcze sporo urosnąć.
            Puszczam ją, a w zamian ona pokazuje mi język, odwraca się na pięcie i obrażona idzie w stronę motoru.
            Jest ode mnie niższa o 30 centymetrów. A kiedy opiera się, tak jak teraz o tę wielka maszynę, sprawia wrażenie jeszcze mniejszej. Zawsze się obraża kiedy jej o tym przypominam.
            - No proszę. Jak zwykle, obraziła się. No już, Królewno. Złość piękności szkodzi.
            Rzuca we mnie kaskiem.
            - Nie dostaniesz babeczki!
            - Sam sobie wezmę. – Rozczochruję jej włosy.

            Czarną wdowę, bo tak pieszczotliwie nazywa ją Ania, kupiłem 2 lata temu. Mój wymarzony ścigacz – Yamaha R6. Jego opływowy kształt przypomina panterę szykująca się do ataku. A drapieżny pomruk silnika przyprawia o dreszcze.
            Dla innych niebezpieczna maszyna, śmiertelna pułapka. Dla nas – jedyny ratunek.
***

Rozdział 1. część 3


         Jestem za wcześnie. Dziwne. Zadowolona uśmiecham się do małego kieszonkowego zegarka, z wygrawerowanym wizerunkiem anioła. Należał do mojej mamy, a teraz do mnie. Chciała, żeby ktoś mnie pilnował kiedy jej zabraknie. Żebym nie przegapiła jakiegoś ważnego wydarzenia w swoim życiu. Mama zawsze powtarzała, że to bardzo możliwe bo nawet urodziłam się spóźniona...
            Pośpiesznie wycieram łzę, która powoli spływała po moim policzku... Musze być silna. Nie wolno mi się poddawać. Obiecałam jej to.
            Kładę się na trawie spoglądając leniwie w górę. Niesforne promyki wiosennego słońca tańczą po moim ciele przyjemnie je rozgrzewając, a lekkie podmuchy wiatru bawią się kosmykami moich włosów. Świerszcze koncertują w trawie, a dzięcioł niecierpliwie stuka dziobem w drzewo. Wszystko tu funkcjonuje w niezwykłej harmonii. Pozwala mi się uspokoić. Zmniejsza ból.
            Kiedy byłam mała mogłam godzinami leżeć na trawie, tak jak teraz i po prostu marzyć. Podziwiać puszyste obłoki – ich nieskazitelną biel i najróżniejsze kształty. Wymyślać związane z nimi historie. Księżniczka w wysokiej wieży pilnowanej przez olbrzymiego pluszowego misia. Podniebny pirat, poszukujący skarbu Żelkowych Misi. Niczym nieograniczony, wolny ptak, latający pomiędzy chmurami i zwiedzający niezwykłe krainy. Mogłam wszystko. Wystarczyło po prostu chcieć.
            Teraz już dorosłam. Mam swoje demony z którymi zmagam się każdego dnia. Przestałam wierzyć w bajki. (No dobra, nadal w nie wierzę.) Pragnę wrócić do czasów, w których życie było proste. Kiedy uśmiech był przyjemnością, a nie obowiązkiem.
            Na szczęście mam kilka osób przy których mogę znów być szczęśliwa. Jedna z nich właśnie stoi przede mną. Wysoki, dobrze zbudowany i nieziemsko przystojny chłopak. Kiedy się uśmiecha i odsłania rząd śnieżnobiałych zębów wygląda jak model. Jego wielkim karmelowym oczom nie sposób się oprzeć. A niesforna, potargana czupryna w kolorze gorzkiej czekolady aż prosi się o wizytę u fryzjera.
            - Hej, przystojniaku. Mógłbyś się przesunąć? Zasłaniasz mi słońce... – Mogłabym godzinami pływać w jego oczach.
            - Popełniłem straszną zbrodnię. – Pada na kolana, bije się w pierś i  śmieje. – Litości. Błagam, wybaczy mi!
            - Jestem skłonna rozważyć twoją prośbę... Za podwójną porcję lodów czekoladowych, z bitą śmietaną i kolorową posypką. – Pokazuję mu ząbki w uśmiechu.
            - Załatwione. Ale teraz wstawaj, Mała. Przecież ta trawa jest zimna. Możesz się przeziębić. – Krzywi się lekko.
            - Już się robi tatusiu.
            Michał podaje mi rękę i pomaga wstać. Mój kochany przyszywany braciszek. Nie mogę się oprzeć i z całych sił wtulam się w niego. Jest taki cieplutki i tak kusząco pachnie... W jego objęciach jestem bezpieczna. Mogę się w nich ukryć przed całym światem. Wystarczy chwila w jego ramionach żebym poczuła się lepiej.
            Kiedy postanawiam nigdy nie opuszczać tej kryjówki, moje plany krzyżuje wydobywający się z kieszeni Michała piskliwy śpiew Sebka. Czekam aż odbierze ale on tylko niepewnie się na mnie patrzy.
            - Michaś... Czyżbyś miał mi coś do powiedzenia?
            - Tak właściwie to... – Robi zbolałą minę.  – To my jeszcze nie zaczęliśmy tej próby wtedy jak zadzwoniłaś... Z resztą poradzą sobie beze mnie.
            - Wiesz przecież, że nie lubię kiedy zaniedbujesz przeze mnie swoje obowiązki.
            - To nie tak...
            Przez chwilę mierzymy się wzrokiem, po czym zadowolona wkładam rękę do kieszeni jego spodni i wyjmuję telefon.

Rozdział 1. część 2


***
MICHAŁ

            - Michał, gdzie ty do cholery jedziesz?! A próba? Czekają na nas...
            - Stary, sorry... Wiesz, że muszę... – Obiecałem. – Doskonale dacie sobie beze mnie radę.
            - My nie, Anka tak! Słuchaj, jesteś przewrażliwiony. To dorosła dziewczyna. Da radę. Panikujesz z byle powodu i ciągle nas olewasz. – Gdyby nie był moim najlepszym kumplem już dawno bym mu przywalił. – Przecież ona ci powiedziała, że nie musisz...
            - Ty po prostu nie rozumiesz... – Zakładam kask i wsiadam na motor.
         - To może mi wyjaśnisz? – Robi zbolałą minę i odsuwa się o krok. – Michaś, nie jesteś w stanie obronić jej przed całym złem tego świata...
            - Ale nie zaszkodzi spróbować.
            Uśmiecham się i odpalam motor. Sebastian chyba coś jeszcze do mnie mówi ale dzikie pomruki silnika zagłuszają go. Odjeżdżam pozostawiając za sobą tylko kłęby dymu.
            Z Anią łączy mnie coś więcej niż tylko przyjaźń. Jest moją małą przyszywaną siostrzyczką. Zrobiłbym dla niej wszystko. Chciałbym uwolnić ją od problemów. Ukryć w swoich ramionach i nie puścić dopóki nie miałbym pewności, że nic jej nie grozi. Moja mała porcelanowa laleczka. Tak krucha, delikatna, bezbronna...


            Nasze życie było kiedyś zupełnie inne. Byliśmy zbuntowanymi dzieciakami, których nie interesowało nic poza czubkiem własnego nosa. Nie mieliśmy do nikogo szacunku. Nie przestrzegaliśmy żadnych zasad. Żyliśmy bez hamulców. Problemy z prawem, podejrzane towarzystwo i częste wizyty u dyrektora były dla nas codziennością.
            Ale ktoś nas uratował.
            Znaliśmy się z Anką ponad 4 miesiące, kiedy ona zaczęła oddalać się od tego całego syfu, w którym żyliśmy. A potem, pewnego dnia po prostu zniknęła. Ja dalej prowadziłem bujne życie imprezowicza. Nie liczyło się nic oprócz kupli, alkoholu. Coraz częściej budziłem się rano nie wiedząc co zdarzyło się poprzedniego dnia. Byłem bezmyślnym gnojkiem. Chamem. Dupkiem.  Niszczyłem sobie życie.
            Po pół rocznej przerwie znów spotkałem Anię. Byłem w drodze na imprezę kiedy moją uwagę przykuła, siedząca na ławce mała, skulona postać. Podszedłem bliżej żeby się jej przyjrzeć. Młoda dziewczyna z twarzą wypraną ze wszelkich emocji, wpatrywała się w nieokreślony punkt przestrzeni. Zdawała się być nieobecna. Zastygła, zimna jak posąg. Martwa. Jedynie jej oczy. Duże, błyszczące, lazurowe oczy ze złotymi obrączkami wokół źrenic, były pełne życia. Toczyła się w nich bitwa, ciągła walka Ani z jej demonami.
            Najciszej jak tylko potrafiłem, usiadłem obok niej i próbowałem zobaczyć to co ona.
            - Wszystko się kiedyś skończy wiesz?
Odezwała się tak niespodziewanie, że prawie krzyknąłem. Jej głos, tak jak i cała postać pozbawiony był jakichkolwiek uczuć. Cichy, słaby, gubiący się w odgłosach letniego wieczoru.
- Na każdego z nas przyjdzie czas. Wszyscy... – Kontynuowała. – Wszyscy odejdziemy. Myślisz, że tam po drugiej stronie coś jest? Jakieś miejsce, lepsze miejsce?
Nie odpowiedziałem bo nie wiedziałem co. Ale ona i tak nie czekała aż coś powiem. Mówiła dalej.
- Ja myślę... – Na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech. – Myślę, że tam jednak coś musi być. Jakieś miejsce, w którym spotkamy się z tymi których kochaliśmy, którzy byli dla nas ważni. Naprawdę chcę w to wierzyć. To jedyne co utrzymuje mnie teraz przy życiu. Daje mi siłę by oddychać, by serce nadal biło...
Po jej policzkach zaczęły spływać łzy, które pośpiesznie wycierała. Nie chciała okazywać słabości. Musi być silna i odważna. Nie wolno jej się mazać.
- Nie było Cię. Zniknęłaś.
To jedyne co udało mi się powiedzieć, a właściwie wyszeptać. Ania przez chwilę patrzyła mi prosto w oczy. Po czym przytuliła mnie i zaczęła płakać.
- Muszę być silna. Wszyscy musimy, - wyszeptała.
            Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy po prostu milcząc. A potem ona opowiedziała mi swoją historię.
            Jej mama od roku chorowała na białaczkę. Leki przestawały działać i z każdym dniem było z nią coraz gorzej. Ania każdą wolną chwilę spędzała przy jej łóżku opowiadając o sprawdzianie z matematyki, wybitym oknie w sali gimnastycznej, nauczycielce w-f zakochanej w jednym z uczniów, czy po prostu o pogodzie. A kiedy miała dość współczujących spojrzeń, gestów rodziny i personelu szpitala, przychodziła tu. Do miejsca w którym jest sama, w którym nie musi już udawać, że wszystko jest w porządku. Że da radę.
            Przez kolejne trzy miesiące, każde wolne popołudnie spędziłem z Anią i jej rodzicami. W tym czasie wszyscy się do siebie zbliżyliśmy. Stałem się częścią tej rodziny i z każdym dniem uwalniałem się od swojej przyszłości. Dorastałem.
            Staraliśmy się jak najlepiej wykorzystać każdą chwilę. I po mimo sytuacji, w której się znajdowaliśmy być szczęśliwi.
            Mama Anki, była coraz słabsza. Zbliżało się nieuniknione, choć nikt z nas nie chciał powiedzieć tego głośno.
            Pani Sylwia była niezwykle piękna. Była bardzo silną, a jednocześnie drobną i cichutką osobą.  Długie, proste włosy w kolorze miodu sięgały jej do połowy pleców. Z jasnoniebieskich oczu biła dziecięca naiwność i szczera miłość. A kiedy się uśmiechała, miało się wrażenie, że patrzy się na anioła, istotę idealną.
            Kilka dni przed śmiercią poprosiła mnie o rozmowę. Powiedziała wtedy, że jestem jedyną osobą, oprócz jej męża, której ufa i dla tego, to nam obu powierza swoją córkę. Prosiła, żebym nie pozwolił jej skrzywdzić. Chronił ją przed złem i przed nią samą. Bym obiecał, że zawsze będę przy niej.
            Powinienem być silny. Przytaknąć i powiedzieć, że ma jeszcze dużo czasu. Że wyzdrowieje i sama się wszystkim zajmie. Ale kiedy spojrzałem w jej piękne oczy, nie potrafiłem skłamać. Rozpłakałem się tylko, a ona mnie pocałowała i utuliła jak własnego syna. Powinienem być dla niej wsparciem, a tym czasem to ona opiekowała się mną.
            A potem spadł pierwszy śnieg. I razem z nim, spokojna, z uśmiechem na twarzy, odeszła we śnie. Ale nie zostawiła nas samych. W dniu jej śmierci znaleźliśmy list. Kilka zdań nakreślonych, pięknych charakterem pisma, z których najbardziej zapamiętałem to jedno: „Czekam na was!” Bo ona do końca wierzyła w istnienie tego idealnego miejsca...
***

Rozdział 1. część 1


- Trudno. Najwyżej przestanie i w końcu będzie święty spokój.
- Nie wolno ci tak mówić, nie wolno...
            Jego oczy wypełniają się łzami, by po chwili zostawić na policzkach mokre strugi. Niczym cięcia nożem, pozostawiają one w moim sercu głębokie blizny. Przez swoją głupotę sprawiam innym ból, krzywdzę bliskich. Tak łatwo mogę ich stracić, a mimo to nie potrafię uszanować tego co mam. Jestem potworem. Niewdzięczną istotą, pozostawiającą po sobie jedynie zgliszcza zranionych uczuć. Nie  mogę dłużej na to patrzeć. Uciekam, jak zwykle. Jestem tchórzem. Jestem słaba.
Słyszę głuchy dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Chcę się schować. Jestem mała, malutka, maleńka... Rozpadam się... Znikam.


            Wściekła biorę do ręki telefon. Wpisuję tak dobrze znany mi numer. Zmieniam zdanie. Kasuję go i odkładam. Głęboki wdech. Trzy, zdecydowanie zbyt szybkie uderzenia serca. Znów sięgam po telefon, wybieram ten sam numer, by za chwilę po raz kolejny go skasować.
Już pół godziny powtarzam tę czynność, z każdą chwilą coraz bardziej na siebie wściekła. Gdybym nie była taka samolubna. Gdybym potrafiła dzielić się sobą z innymi, mówić o sobie. Byłoby o wiele prościej. Stworzyłam jakąś niezidentyfikowaną powłokę, która ciasno okala moje ciało, niczym średniowieczna zbroja. Nie dopuszcza do mnie nikogo. Odgradza od społeczeństwa... No początku myślałam, że to pomoże, nie pozwoli mi utonąć. Ale ciężki mosiężny pancerz ściąga mnie na dno. Nie mogę złapać tchu, otaczające mnie problemy odcinają dopływ tlenu.
Po raz ostatni postanawiam wykonać ten cholerny telefon. Ciąg dziewięciu nieprzypadkowych liczb odbija się w mojej głowie echem. Od środka atakuje mnie rój rozwścieczonych os. Tym razem zdecydowanie przyciskam znaczek z zieloną słuchawką na ekranie telefonu. Krwisto czerwone paznokcie, nerwowo wystukują jakiś rytm. Czekam... Wsłuchuję się w monotonny sygnał połączenia.
- Cześć... – Weź się w garść dziewczyno! – Jak ci minął dzień? Widziałeś się już z chłopakami?
- Co się stało? – W odpowiedzi odzywa się zmartwiony głos Michała. No super...
- Dlaczego zaraz miałoby się coś stać? Chciałam tylko zapytać co słychać. – Nędzna ze mnie aktorka. – A ty od razu panikujesz, że coś się stało...
- Mała, słuchaj... Ty mi tutaj nie ściemniaj, dobra?! Głuchy to ja nie jestem! Za 15 minut tam gdzie zawsze.
- Nie musisz...
- Nie, ale chcę. – Uwielbiam go.
- Dziękuję.
- A tak w ogóle to jesteś kiepską aktorką.
Śmieje się i rozłącza. A ja mam wielką ochotę pokazać mu język. Niczym mała dziewczynka obrażona na kolegę. 

Prolog


Nasze życie jest labiryntem. Milionem ślepych uliczek, uzbrojonych w najróżniejsze pułapki. Musimy uważać przy każdym ruch. Dokładnie rozważyć każdą decyzje. Przemyśleć każdy kolejny krok.
Czasem dostrzegamy światło, iskierkę nadziei. Zaczynamy wierzyć, że to już koniec. Zapominamy się. Robimy jeden mały nieprzemyślany krok. Wpadamy w pułapkę. Tracimy wszystko to, co do tej pory udało nam się osiągnąć. Blask znika, znów pochłania nas ciemność. Całą wędrówkę musimy zaczynać od początku.
A potem znowu popełniamy ten sam błąd. Historia zatacza koło. Bezmyślny ruch równa się przegranej. Nie możemy nic zrobić. Wolno nam tylko iść.
Czasem mamy dość, chcemy zatrzymać się i odpocząć. Zrezygnować z całej wędrówki. Wszelkie znaki nam tego zabraniają. Kiedy się zatrzymamy ciemność pochłonie nas na zawsze. Nie będzie żadnej nadziei, że jeszcze kiedykolwiek ujrzymy światło...


- Uwielbiam go.
- Uwielbiam ją.

Sometimes I write something. Does it mean that I'm a writer?

W mojej głowie narodziła się pewna historia. Od kilku dni ją spisuję i regularnie pokazuje moim niezastąpionym recenzentkom. Klaudii, Madzi i Sylwii, a w ostatnim czasie także Kasi, Agacie i Sysi. Chcąc ułatwić im dostęp do fragmentów tej "książki", będę je wrzucała tutaj. 
Nie mogę obiecać, że w połowie pisania z tego nie zrezygnuje. Że jednym kliknięciem myszki nie wymażę całego życia Anki i Michała. Że z ich losami nie stanie się to, co z poprzednimi bohaterami. Ale mogę zapewnić, że będę się starała robić wszystko aby tak się nie stało.
Dziękując dziewczynom za cierpliwość. Znoszenie wybuchów paniki, entuzjazmu, czy histerii, które się już pojawiły ale i tych które zdarzą się w przyszłości. Umieszczę, a przynajmniej postaram się, wpleść je do tej historii. Będzie to drobny szczegół lub cała postać. 
Agata i Sysia zostały już tu umieszczone. Ciekawe czy będą potrafiły się odnaleźć?