***
MICHAŁ
-
Michał, gdzie ty do cholery jedziesz?! A próba? Czekają na nas...
- Stary,
sorry... Wiesz, że muszę... – Obiecałem. – Doskonale dacie sobie beze mnie
radę.
- My
nie, Anka tak! Słuchaj, jesteś przewrażliwiony. To dorosła dziewczyna. Da radę.
Panikujesz z byle powodu i ciągle nas olewasz. – Gdyby nie był moim najlepszym
kumplem już dawno bym mu przywalił. – Przecież ona ci powiedziała, że nie
musisz...
- Ty po
prostu nie rozumiesz... – Zakładam kask i wsiadam na motor.
- To
może mi wyjaśnisz? – Robi zbolałą minę i odsuwa się o krok. – Michaś, nie
jesteś w stanie obronić jej przed całym złem tego świata...
- Ale
nie zaszkodzi spróbować.
Uśmiecham
się i odpalam motor. Sebastian chyba coś jeszcze do mnie mówi ale dzikie
pomruki silnika zagłuszają go. Odjeżdżam pozostawiając za sobą tylko kłęby
dymu.
Z Anią
łączy mnie coś więcej niż tylko przyjaźń. Jest moją małą przyszywaną
siostrzyczką. Zrobiłbym dla niej wszystko. Chciałbym uwolnić ją od problemów.
Ukryć w swoich ramionach i nie puścić dopóki nie miałbym pewności, że nic jej nie
grozi. Moja mała porcelanowa laleczka. Tak krucha, delikatna, bezbronna...
Nasze
życie było kiedyś zupełnie inne. Byliśmy zbuntowanymi dzieciakami, których nie
interesowało nic poza czubkiem własnego nosa. Nie mieliśmy do nikogo szacunku.
Nie przestrzegaliśmy żadnych zasad. Żyliśmy bez hamulców. Problemy z prawem,
podejrzane towarzystwo i częste wizyty u dyrektora były dla nas codziennością.
Ale ktoś
nas uratował.
Znaliśmy
się z Anką ponad 4 miesiące, kiedy ona zaczęła oddalać się od tego całego syfu,
w którym żyliśmy. A potem, pewnego dnia po prostu zniknęła. Ja dalej
prowadziłem bujne życie imprezowicza. Nie liczyło się nic oprócz kupli,
alkoholu. Coraz częściej budziłem się rano nie wiedząc co zdarzyło się
poprzedniego dnia. Byłem bezmyślnym gnojkiem. Chamem. Dupkiem. Niszczyłem sobie życie.
Po pół
rocznej przerwie znów spotkałem Anię. Byłem w drodze na imprezę kiedy moją
uwagę przykuła, siedząca na ławce mała, skulona postać. Podszedłem bliżej żeby
się jej przyjrzeć. Młoda dziewczyna z twarzą wypraną ze wszelkich emocji,
wpatrywała się w nieokreślony punkt przestrzeni. Zdawała się być nieobecna.
Zastygła, zimna jak posąg. Martwa. Jedynie jej oczy. Duże, błyszczące, lazurowe
oczy ze złotymi obrączkami wokół źrenic, były pełne życia. Toczyła się w nich
bitwa, ciągła walka Ani z jej demonami.
Najciszej
jak tylko potrafiłem, usiadłem obok niej i próbowałem zobaczyć to co ona.
-
Wszystko się kiedyś skończy wiesz?
Odezwała się
tak niespodziewanie, że prawie krzyknąłem. Jej głos, tak jak i cała postać
pozbawiony był jakichkolwiek uczuć. Cichy, słaby, gubiący się w odgłosach
letniego wieczoru.
- Na każdego z
nas przyjdzie czas. Wszyscy... – Kontynuowała. – Wszyscy odejdziemy. Myślisz,
że tam po drugiej stronie coś jest? Jakieś miejsce, lepsze miejsce?
Nie
odpowiedziałem bo nie wiedziałem co. Ale ona i tak nie czekała aż coś powiem.
Mówiła dalej.
- Ja myślę... –
Na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech. – Myślę, że tam jednak coś musi
być. Jakieś miejsce, w którym spotkamy się z tymi których kochaliśmy, którzy
byli dla nas ważni. Naprawdę chcę w to wierzyć. To jedyne co utrzymuje mnie
teraz przy życiu. Daje mi siłę by oddychać, by serce nadal biło...
Po jej policzkach
zaczęły spływać łzy, które pośpiesznie wycierała. Nie chciała okazywać
słabości. Musi być silna i odważna. Nie wolno jej się mazać.
- Nie było Cię.
Zniknęłaś.
To jedyne co
udało mi się powiedzieć, a właściwie wyszeptać. Ania przez chwilę patrzyła mi prosto w oczy. Po czym przytuliła mnie i zaczęła płakać.
- Muszę być
silna. Wszyscy musimy, - wyszeptała.
Przez
dłuższą chwilę siedzieliśmy po prostu milcząc. A potem ona opowiedziała mi
swoją historię.
Jej mama
od roku chorowała na białaczkę. Leki przestawały działać i z każdym dniem było
z nią coraz gorzej. Ania każdą wolną chwilę spędzała przy jej łóżku opowiadając
o sprawdzianie z matematyki, wybitym oknie w sali gimnastycznej, nauczycielce
w-f zakochanej w jednym z uczniów, czy po prostu o pogodzie. A kiedy miała dość
współczujących spojrzeń, gestów rodziny i personelu szpitala, przychodziła tu.
Do miejsca w którym jest sama, w którym nie musi już udawać, że wszystko jest w porządku.
Że da radę.
Przez kolejne trzy miesiące, każde wolne popołudnie spędziłem z Anią i jej rodzicami.
W tym czasie wszyscy się do siebie zbliżyliśmy. Stałem się częścią tej rodziny
i z każdym dniem uwalniałem się od swojej przyszłości. Dorastałem.
Staraliśmy
się jak najlepiej wykorzystać każdą chwilę. I po mimo sytuacji, w której się
znajdowaliśmy być szczęśliwi.
Mama Anki, była coraz słabsza. Zbliżało się nieuniknione, choć nikt z
nas nie chciał powiedzieć tego głośno.
Pani
Sylwia była niezwykle piękna. Była bardzo silną, a jednocześnie drobną i
cichutką osobą. Długie, proste włosy w
kolorze miodu sięgały jej do połowy pleców. Z jasnoniebieskich oczu biła
dziecięca naiwność i szczera miłość. A kiedy się uśmiechała, miało się
wrażenie, że patrzy się na anioła, istotę idealną.
Kilka
dni przed śmiercią poprosiła mnie o rozmowę. Powiedziała wtedy, że jestem
jedyną osobą, oprócz jej męża, której ufa i dla tego, to nam obu powierza swoją
córkę. Prosiła, żebym nie pozwolił jej skrzywdzić. Chronił ją przed złem i
przed nią samą. Bym obiecał, że zawsze będę przy niej.
Powinienem
być silny. Przytaknąć i powiedzieć, że ma jeszcze dużo czasu. Że wyzdrowieje i
sama się wszystkim zajmie. Ale kiedy spojrzałem w jej piękne oczy, nie
potrafiłem skłamać. Rozpłakałem się tylko, a ona mnie pocałowała i
utuliła jak własnego syna. Powinienem być dla niej wsparciem, a tym czasem to
ona opiekowała się mną.
A potem
spadł pierwszy śnieg. I razem z nim, spokojna, z uśmiechem na twarzy, odeszła
we śnie. Ale nie zostawiła nas samych. W dniu jej śmierci znaleźliśmy list.
Kilka zdań nakreślonych, pięknych charakterem pisma, z których najbardziej
zapamiętałem to jedno: „Czekam na was!” Bo
ona do końca wierzyła w istnienie tego idealnego miejsca...
***