Jestem za wcześnie. Dziwne. Zadowolona uśmiecham się do
małego kieszonkowego zegarka, z wygrawerowanym wizerunkiem anioła. Należał do
mojej mamy, a teraz do mnie. Chciała, żeby ktoś mnie pilnował kiedy jej
zabraknie. Żebym nie przegapiła jakiegoś ważnego wydarzenia w swoim życiu. Mama
zawsze powtarzała, że to bardzo możliwe bo nawet urodziłam się spóźniona...
Pośpiesznie
wycieram łzę, która powoli spływała po moim policzku... Musze być silna. Nie
wolno mi się poddawać. Obiecałam jej to.
Kładę
się na trawie spoglądając leniwie w górę. Niesforne promyki wiosennego słońca
tańczą po moim ciele przyjemnie je rozgrzewając, a lekkie podmuchy wiatru bawią
się kosmykami moich włosów. Świerszcze koncertują w trawie, a dzięcioł
niecierpliwie stuka dziobem w drzewo. Wszystko tu funkcjonuje w niezwykłej
harmonii. Pozwala mi się uspokoić. Zmniejsza ból.
Kiedy
byłam mała mogłam godzinami leżeć na trawie, tak jak teraz i po prostu marzyć.
Podziwiać puszyste obłoki – ich nieskazitelną biel i najróżniejsze kształty.
Wymyślać związane z nimi historie. Księżniczka w wysokiej wieży pilnowanej przez
olbrzymiego pluszowego misia. Podniebny pirat, poszukujący skarbu Żelkowych
Misi. Niczym nieograniczony, wolny ptak, latający pomiędzy chmurami i
zwiedzający niezwykłe krainy. Mogłam wszystko. Wystarczyło po prostu chcieć.
Teraz
już dorosłam. Mam swoje demony z którymi zmagam się każdego dnia. Przestałam
wierzyć w bajki. (No dobra, nadal w nie wierzę.) Pragnę wrócić do czasów, w których życie było proste. Kiedy uśmiech był przyjemnością, a nie
obowiązkiem.
Na
szczęście mam kilka osób przy których mogę znów być szczęśliwa. Jedna z nich
właśnie stoi przede mną. Wysoki, dobrze zbudowany i nieziemsko przystojny
chłopak. Kiedy się uśmiecha i odsłania rząd śnieżnobiałych zębów wygląda jak
model. Jego wielkim karmelowym oczom nie sposób się oprzeć. A niesforna,
potargana czupryna w kolorze gorzkiej czekolady aż prosi się o wizytę u
fryzjera.
- Hej,
przystojniaku. Mógłbyś się przesunąć? Zasłaniasz mi słońce... – Mogłabym
godzinami pływać w jego oczach.
-
Popełniłem straszną zbrodnię. – Pada na kolana, bije się w pierś i śmieje. – Litości. Błagam, wybaczy mi!
- Jestem
skłonna rozważyć twoją prośbę... Za podwójną porcję lodów czekoladowych, z bitą
śmietaną i kolorową posypką. – Pokazuję mu ząbki w uśmiechu.
-
Załatwione. Ale teraz wstawaj, Mała. Przecież ta trawa jest zimna. Możesz się przeziębić. – Krzywi się lekko.
- Już
się robi tatusiu.
Michał
podaje mi rękę i pomaga wstać. Mój kochany przyszywany braciszek. Nie mogę się
oprzeć i z całych sił wtulam się w niego. Jest taki cieplutki i tak kusząco
pachnie... W jego objęciach jestem bezpieczna. Mogę się w nich ukryć przed
całym światem. Wystarczy chwila w jego ramionach żebym poczuła się lepiej.
Kiedy
postanawiam nigdy nie opuszczać tej kryjówki, moje plany krzyżuje wydobywający
się z kieszeni Michała piskliwy śpiew Sebka. Czekam aż odbierze ale on tylko
niepewnie się na mnie patrzy.
-
Michaś... Czyżbyś miał mi coś do powiedzenia?
- Tak
właściwie to... – Robi zbolałą minę. –
To my jeszcze nie zaczęliśmy tej próby wtedy jak zadzwoniłaś... Z resztą
poradzą sobie beze mnie.
- Wiesz
przecież, że nie lubię kiedy zaniedbujesz przeze mnie swoje obowiązki.
- To nie
tak...
Przez
chwilę mierzymy się wzrokiem, po czym zadowolona wkładam rękę do kieszeni jego
spodni i wyjmuję telefon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz