Translate

czwartek, 28 marca 2013

Rozdział 1. część 2


***
MICHAŁ

            - Michał, gdzie ty do cholery jedziesz?! A próba? Czekają na nas...
            - Stary, sorry... Wiesz, że muszę... – Obiecałem. – Doskonale dacie sobie beze mnie radę.
            - My nie, Anka tak! Słuchaj, jesteś przewrażliwiony. To dorosła dziewczyna. Da radę. Panikujesz z byle powodu i ciągle nas olewasz. – Gdyby nie był moim najlepszym kumplem już dawno bym mu przywalił. – Przecież ona ci powiedziała, że nie musisz...
            - Ty po prostu nie rozumiesz... – Zakładam kask i wsiadam na motor.
         - To może mi wyjaśnisz? – Robi zbolałą minę i odsuwa się o krok. – Michaś, nie jesteś w stanie obronić jej przed całym złem tego świata...
            - Ale nie zaszkodzi spróbować.
            Uśmiecham się i odpalam motor. Sebastian chyba coś jeszcze do mnie mówi ale dzikie pomruki silnika zagłuszają go. Odjeżdżam pozostawiając za sobą tylko kłęby dymu.
            Z Anią łączy mnie coś więcej niż tylko przyjaźń. Jest moją małą przyszywaną siostrzyczką. Zrobiłbym dla niej wszystko. Chciałbym uwolnić ją od problemów. Ukryć w swoich ramionach i nie puścić dopóki nie miałbym pewności, że nic jej nie grozi. Moja mała porcelanowa laleczka. Tak krucha, delikatna, bezbronna...


            Nasze życie było kiedyś zupełnie inne. Byliśmy zbuntowanymi dzieciakami, których nie interesowało nic poza czubkiem własnego nosa. Nie mieliśmy do nikogo szacunku. Nie przestrzegaliśmy żadnych zasad. Żyliśmy bez hamulców. Problemy z prawem, podejrzane towarzystwo i częste wizyty u dyrektora były dla nas codziennością.
            Ale ktoś nas uratował.
            Znaliśmy się z Anką ponad 4 miesiące, kiedy ona zaczęła oddalać się od tego całego syfu, w którym żyliśmy. A potem, pewnego dnia po prostu zniknęła. Ja dalej prowadziłem bujne życie imprezowicza. Nie liczyło się nic oprócz kupli, alkoholu. Coraz częściej budziłem się rano nie wiedząc co zdarzyło się poprzedniego dnia. Byłem bezmyślnym gnojkiem. Chamem. Dupkiem.  Niszczyłem sobie życie.
            Po pół rocznej przerwie znów spotkałem Anię. Byłem w drodze na imprezę kiedy moją uwagę przykuła, siedząca na ławce mała, skulona postać. Podszedłem bliżej żeby się jej przyjrzeć. Młoda dziewczyna z twarzą wypraną ze wszelkich emocji, wpatrywała się w nieokreślony punkt przestrzeni. Zdawała się być nieobecna. Zastygła, zimna jak posąg. Martwa. Jedynie jej oczy. Duże, błyszczące, lazurowe oczy ze złotymi obrączkami wokół źrenic, były pełne życia. Toczyła się w nich bitwa, ciągła walka Ani z jej demonami.
            Najciszej jak tylko potrafiłem, usiadłem obok niej i próbowałem zobaczyć to co ona.
            - Wszystko się kiedyś skończy wiesz?
Odezwała się tak niespodziewanie, że prawie krzyknąłem. Jej głos, tak jak i cała postać pozbawiony był jakichkolwiek uczuć. Cichy, słaby, gubiący się w odgłosach letniego wieczoru.
- Na każdego z nas przyjdzie czas. Wszyscy... – Kontynuowała. – Wszyscy odejdziemy. Myślisz, że tam po drugiej stronie coś jest? Jakieś miejsce, lepsze miejsce?
Nie odpowiedziałem bo nie wiedziałem co. Ale ona i tak nie czekała aż coś powiem. Mówiła dalej.
- Ja myślę... – Na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech. – Myślę, że tam jednak coś musi być. Jakieś miejsce, w którym spotkamy się z tymi których kochaliśmy, którzy byli dla nas ważni. Naprawdę chcę w to wierzyć. To jedyne co utrzymuje mnie teraz przy życiu. Daje mi siłę by oddychać, by serce nadal biło...
Po jej policzkach zaczęły spływać łzy, które pośpiesznie wycierała. Nie chciała okazywać słabości. Musi być silna i odważna. Nie wolno jej się mazać.
- Nie było Cię. Zniknęłaś.
To jedyne co udało mi się powiedzieć, a właściwie wyszeptać. Ania przez chwilę patrzyła mi prosto w oczy. Po czym przytuliła mnie i zaczęła płakać.
- Muszę być silna. Wszyscy musimy, - wyszeptała.
            Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy po prostu milcząc. A potem ona opowiedziała mi swoją historię.
            Jej mama od roku chorowała na białaczkę. Leki przestawały działać i z każdym dniem było z nią coraz gorzej. Ania każdą wolną chwilę spędzała przy jej łóżku opowiadając o sprawdzianie z matematyki, wybitym oknie w sali gimnastycznej, nauczycielce w-f zakochanej w jednym z uczniów, czy po prostu o pogodzie. A kiedy miała dość współczujących spojrzeń, gestów rodziny i personelu szpitala, przychodziła tu. Do miejsca w którym jest sama, w którym nie musi już udawać, że wszystko jest w porządku. Że da radę.
            Przez kolejne trzy miesiące, każde wolne popołudnie spędziłem z Anią i jej rodzicami. W tym czasie wszyscy się do siebie zbliżyliśmy. Stałem się częścią tej rodziny i z każdym dniem uwalniałem się od swojej przyszłości. Dorastałem.
            Staraliśmy się jak najlepiej wykorzystać każdą chwilę. I po mimo sytuacji, w której się znajdowaliśmy być szczęśliwi.
            Mama Anki, była coraz słabsza. Zbliżało się nieuniknione, choć nikt z nas nie chciał powiedzieć tego głośno.
            Pani Sylwia była niezwykle piękna. Była bardzo silną, a jednocześnie drobną i cichutką osobą.  Długie, proste włosy w kolorze miodu sięgały jej do połowy pleców. Z jasnoniebieskich oczu biła dziecięca naiwność i szczera miłość. A kiedy się uśmiechała, miało się wrażenie, że patrzy się na anioła, istotę idealną.
            Kilka dni przed śmiercią poprosiła mnie o rozmowę. Powiedziała wtedy, że jestem jedyną osobą, oprócz jej męża, której ufa i dla tego, to nam obu powierza swoją córkę. Prosiła, żebym nie pozwolił jej skrzywdzić. Chronił ją przed złem i przed nią samą. Bym obiecał, że zawsze będę przy niej.
            Powinienem być silny. Przytaknąć i powiedzieć, że ma jeszcze dużo czasu. Że wyzdrowieje i sama się wszystkim zajmie. Ale kiedy spojrzałem w jej piękne oczy, nie potrafiłem skłamać. Rozpłakałem się tylko, a ona mnie pocałowała i utuliła jak własnego syna. Powinienem być dla niej wsparciem, a tym czasem to ona opiekowała się mną.
            A potem spadł pierwszy śnieg. I razem z nim, spokojna, z uśmiechem na twarzy, odeszła we śnie. Ale nie zostawiła nas samych. W dniu jej śmierci znaleźliśmy list. Kilka zdań nakreślonych, pięknych charakterem pisma, z których najbardziej zapamiętałem to jedno: „Czekam na was!” Bo ona do końca wierzyła w istnienie tego idealnego miejsca...
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz